wieści
-
Coś się kończy, coś się zaczyna
Jak się czuje człowiek, który po 14 miesiącach podróży wraca do Polski? Dziwnie. Inne problemy, inne zobowiązania, a przy tym ci sami ludzie i miejsca. Wszystko zaczęło się fantastycznie. Ląduję w Poznaniu, gdzie czekają na mnie przyjaciele. Na taką niespodziankę raczej nie liczyłem. To co wydaje mi się najdziwniejsze już od pierwszych godzin bycia w Polsce, to poczucie, że wcale nie czuję, jakby nie było mnie tu tak długo. Zmieniło się tak wiele. Ktoś się żeni, ktoś ma dziecko, kto inny się zakochał, a jeszcze ktoś inny przeprowadził się na drugi koniec Polski. Z drugiej jednak strony kiedy widzę rodzinę i przyjaciół mam wrażenie, że widzieliśmy się dwa tygodnie temu.Właściwie moje życie wiele się w tych dwóch tygodniach nie zmieniło. Od czasu kiedy jestem w Polsce niemal non stop jestem w ruchu i choć szukanie pracy i organizowanie swojego życia to nieco inne wyzwania niż te, z którymi miałem do czynienia przez ostatni rok to jeszcze nie nie wpadłem chyba w sidła szarości i monotonnego życia.Nie o tym jednak chciałem napisać. 2 tygodnie temu Wyprawa bez granic dobiegła końca. 21 krajów, 4 kontynenty, setki miejsc i tysiące ludzi. Wszystko to sprawia, że przeżyłem najlepszy rok swojego życia. Rok odkryć, nie tylko tych na świecie, ale też gdzieś w środku siebie. Ostatnie 14 miesięcy było dla mnie wielką szkołą życia, którą mam nadzieję wykorzystać w przyszłości. Wiele osób pyta mnie, jak się czuje człowiek, który spełnił swoje marzenie. Ja więc odpowiadam, że ma w głowie kolejne. Moja przygoda z podróżą napewno się nie kończy.Kończąc ten wpis i prawdopodobnie całego bloga chcę bardzo podziękowac kilku osobom, za pomoc, za wiarę i codzinne wsparcie. Zacząć mogę tylko i wyłącznie od samego Witka, bez którego ta podróż nigdy nie miała by miejsca. Dziękuję moim rodzicom, za to, że nigdy nie powiedzieli mi "nie jedź" i zawsze rozumieli jak ważna jest dla mnie realizacja tego marzenia. Dziękuję rodzicom Witka, za wsparcie każdego dnia, dobre słowo i wiarę w nasze marzenia. Ogromne podziękowania dla Profesora Niemczyka, bez którego złatwienie niektórych spraw na uczelni nie byłoby takie łatwe i zajęłoby dużo więcej czasu. Dziękuję wszystkim przyjaciołom, znajomym, szczególnie Izie, za wszystkie plotki i obietnicę wspólnej butelki wina po powrocie ;) Dziękuję też Wszystkim, którzy na tego bloga zaglądali. Czytali, wierzyli, trzymali kciuki. Czasem pisali maile innym razem wspomagali w naszej pocztówkowej akcji. 25 tysięcy odwiedzin tej strony mówi samo za siebie. Dawaliście mi siłę i motywację do odkrywania, poznawania i opisywania tego pięknego świata.Teraz to już koniec. Wyprawa bez granic to jakiś zamknięty projekt. Kiedy pojawi się następny? Nie wiem, ale pojawi się napewno. Może nawet tutaj na tym samym blogu. Póki co jednak, żegnaj wyprawo, witaj Polsko. Trzymajcie kciuki za to, aby sprawy tu na miejscu poukładały się tak dobrze, jak układały się przez cały wyjazd.Pozdrawiam! do zobaczenia! już nie na blogu, a gdzieś w Polsce :)Jak się czuje człowiek, który po 14 miesiącach podróży wraca do Polski? Dziwnie. Inne problemy, inne zobowiązania, a przy tym ci sami ludzie i miejsca. Wszystko zaczęło się fantastycznie. Ląduję w Poznaniu, gdzie czekają na mnie przyjaciele. Na taką niespodziankę raczej nie liczyłem. To co wydaje mi się najdziwniejsze już od pierwszych godzin bycia w Polsce, to poczucie, że wcale nie czuję, jakby nie było mnie tu tak długo. Zmieniło się tak wiele. Ktoś się żeni, ktoś ma dziecko, kto inny się zakochał, a jeszcze ktoś inny przeprowadził się na drugi koniec Polski. Z drugiej jednak strony kiedy widzę rodzinę i przyjaciół mam wrażenie, że widzieliśmy się dwa tygodnie temu. Właściwie moje życie wiele się w tych dwóch tygodniach nie zmieniło. Od czasu kiedy jestem w Polsce niemal non stop jestem w ruchu i choć szukanie pracy i organizowanie swojego życia to nieco inne wyzwania niż te, z którymi miałem do czynienia przez ostatni rok to jeszcze nie nie wpadłem chyba w sidła szarości i monotonnego życia. Nie o tym jednak chciałem napisać. 2 tygodnie temu Wyprawa bez granic dobiegła końca. 21 krajów, 4 kontynenty, setki miejsc i tysiące ludzi. Wszystko to sprawia, że przeżyłem najlepszy rok swojego życia. Rok odkryć, nie tylko tych na świecie, ale też gdzieś w środku siebie. Ostatnie 14 miesięcy było dla mnie wielką szkołą życia, którą mam nadzieję wykorzystać w przyszłości. Wiele osób pyta mnie, jak się czuje człowiek, który spełnił swoje marzenie. Ja więc odpowiadam, że ma w głowie kolejne. Moja przygoda z podróżą napewno się nie kończy. Kończąc ten wpis i prawdopodobnie całego bloga chcę bardzo podziękowac kilku osobom, za pomoc, za wiarę i codzinne wsparcie. Zacząć mogę tylko i wyłącznie od samego Witka, bez którego ta podróż nigdy nie miała by miejsca. Dziękuję moim rodzicom, za to, że nigdy nie powiedzieli mi "nie jedź" i zawsze rozumieli jak ważna jest dla mnie realizacja tego marzenia. Dziękuję rodzicom Witka, za wsparcie każdego dnia, dobre słowo i wiarę w nasze marzenia. Ogromne podziękowania dla Profesora Niemczyka, bez którego złatwienie niektórych spraw na uczelni nie byłoby takie łatwe i zajęłoby dużo więcej czasu. Dziękuję wszystkim przyjaciołom, znajomym, szczególnie Izie, za wszystkie plotki i obietnicę wspólnej butelki wina po powrocie ;) Dziękuję też Wszystkim, którzy na tego bloga zaglądali. Czytali, wierzyli, trzymali kciuki. Czasem pisali maile innym razem wspomagali w naszej pocztówkowej akcji. 25 tysięcy odwiedzin tej strony mówi samo za siebie. Dawaliście mi siłę i motywację do odkrywania, poznawania i opisywania tego pięknego świata. Teraz to już koniec. Wyprawa bez granic to jakiś zamknięty projekt. Kiedy pojawi się następny? Nie wiem, ale pojawi się napewno. Może nawet tutaj na tym samym blogu. Póki co jednak, żegnaj wyprawo, witaj Polsko. Trzymajcie kciuki za to, aby sprawy tu na miejscu poukładały się tak dobrze, jak układały się przez cały wyjazd.
Pozdrawiam! do zobaczenia! już nie na blogu, a gdzieś w Polsce :) Więcej...
-
Ty też możesz pomóc!
Dziś nie o podróży, ale o świecie. O strasznym, brutalnym i chyba trochę niesprawiedliwym świecie. Zastanawiałeś się kiedyś w jak dużym luksusie żyjesz? Siedzisz przed ekranem komputera, pewnie na wygodnym krześle. Zjadłem spory obiad, a w lodówce może chłodzi się piwo. Wieczorem spotkasz znajomych, porozmawiacie o tym jakie to w Polsce kiepskie lato i że na wakacje teraz to trzeba jeździć do Włoch, albo Hiszpanii. No ale w tym roku lato już powoli się kończy, więc brak wyjazdu trzeba sobie odkuć dobrymi imprezami w te wakacyjne weekendy.
Zastanawiasz się co w tym opisie jest luksusem? Może Cię zaskoczę. Nie komputer czy inne cuda techniki. Nie zimne piwo czy drink z palemką na plaży. Największym luksusem Twojego życia jest to, że dziś jadłeś.
W trakcie tej podróży przejeżdżałem przez kraje, które zmagają się z biedą. Indie, Laos czy Boliwia to miejsca, w których możesz natknąć się na ludzi, którzy nie mają czego włożyć do garnka. Zabawne (a raczej smutne), jak wielu ignorantów wpotkałem w swoim życiu, którzy z poziomu skórzanej sofy mówią o tym, jak to zachodni świat nie powinien mieszać się w sprawy innych kultur, bo one przecież mają swoją cywilizację, swoje problemy, swoje radości, a nam "białym" nic do tego. Problem w tym, że te wpaniałe cywilizacje już niedługo mogą wyginąć, jeśli nasza "zepsuta cywilizacja zachodu" nie zrobi czegoś by im pomóc.
Północno-wschodnia Afryka zmaga się z największą falą głodu od kilkunastu lat. Już teraz szacuje się, że z głodu zmarło kilkaset tysięcy ludzi, a zagrożonych jest niemal 15 milionów! Somalia, Etiopia, Dżibuti w tych krajach dzieję się prawdziwa tragedia.
Też możesz pomóc: Polska Akcja Humanitarna zbiera pieniądze. Wpłać dowolną kwotę na konto statutowe PAH BPH 91 1060 0076 0000 3310 0015 4960 z dopiskiem "Głód". Wypij w najbliższy weekend jedno piwo mniej to naprawdę Ci nie zaszkodzi.
Kochani, kiedy wyjeżdżaliśmy w naszą podróż, uruchomiliśmy naszą małą akcję z kartkami. Jej sukces przeszedł nasze oczekiwania. Dziś proszę o jedno. Włać kilka groszy na konto PAHu i pomóż ludziom w Afryce. Oni nie wyślą Ci kartki, oni dzięki Tobie przeżyją!
Na koniec piosenka Boba Marleya, która została wykorzystana w amerykańskiej akcji "save the children", która również zajmuje się sprawą głodu w Afryce.
Więcej... -
Świat zza krat
4 godziny późniejPodaję Maksowi torbę: "Idę kupić coś do jedzenia i do picia." Max chwyta: "Czyli jednak idziesz? To kup mi papierosy, proszę. Jakiekolwiek. Najtańsze." Podchodzę do krat i spoglądam na ulicę. Wygląda dość normalnie - dziesiątki taksówek motorowych, tzw. mototaxi, pędzących w obu kierunkach, zanieczyszczają powietrze głośnym warkotem silników niechętnych do napędzania wehikułów przerobionych celem przewożenia kilku osób. Zagaduję mężczyznę stojącego na chodniku przy kratach:- Gdzie mogę tu kupić coś do jedzenia i picia?- Coś do jedzenia? Ale to niebezpieczne.- Wiem, ale muszę coś kupić.- Kupić możesz na każdym rogu. Bezpieczniej jest iść w lewo.Po tej rozmowie zostawiam Maxowi szaszetkę z dokumentami, pieniędzmi oraz kartami bankowymi. Otwieram scyzoryk na opcji "nóż", nadziewam na husteczkę, żeby nie przedziurawić kieszeni i wychodzę. Mam przy sobie tylko 15 zł. Fakt, iż mogę oddać wszystko co mam, powoduje, że czuję się nieco bezpieczniej.Kupuję jedzenie w pierwszym sklepie na rogu. Tutaj do sklepu się nie wchodzi. Choć jest dziewiąta rano i jestem w centrum, to wejście zagradzają kraty. Prawdopodobnie nigdy nie otwierane. Zaraz za nimi szeroka lada - pole "wymiany" między sprzedającym, a kupującym. Tym sposobem sprzedawca nigdy nie musi zbliżać się do krat na wyciągnięcie ręki. 100% bezpieczeństwa.Zgodnie z zasadą, którą pamiętam jeszcze z Indii, o inne sklepy pytam tylko ludzi "przywiązanych do miejsca". Tych, którzy nie pójdą za mną. Chodzi o to, żeby nie pytać osób, które mogłby by mieć interes w pokierowaniu mnie w złą stronę albo domagałyby się później zapłaty za swoją pomoc. Tym sposobem znajduję sklep z papierosami. Ten jest bez krat. Nie ma też, czego kraść - pani sprzedająca ma dwie otwarte paczki papierosów, które sprzedaje na sztuki. Po pełną idzie na zaplecze. Wracając wymieniam kilka nieufnych spojrzeń z kierowcami mototaxi. Stwierdzenie, że nie czuję się tu bezpiecznie, jest dość łagodnym określeniem.Po powrocie do biura firmy transportowej CIFA zamykam za sobą kraty i dzielę się z Maxem jedzeniem. Z nerwów nie jest jeszcze głodny. Nie dziwię mu się. Dwie dziewczyny z Ekwadoru przyniosły nam sok, puszkę tuńczyka i kilka kromek chleba tostowego po tym, jak usłyszały, co się stało dziś rano. Miły gest. Zawsze uważałem, że czarni ludzie są sympatyczniejsi.Nie obwiniaj się za to, że ktoś jest dupkiemAutobus przyjechał jak na złość superpunktualnie. Jest piąta rano, szarzeje. Ta połowa pojazdów, której działają światła, jeszcze ich używa. Wysiadamy na chodniku przy ruchliwej ulicy. Niemal środek miasta. Nie tak dużego - ok. 120 000 mieszkańców. Ludzie wsiadają do taksówek, powoli tłum pasażerów kurczy się. Trzeba się ruszyć.Jesteśmy tu tylko przejazdem. Nie chcemy nocować. Musimy się więc dostać do jedynej w mieście agencji autobusowej - CIFA, która przekracza pobliską granicę z Ekwadorem. Około dziesięć przecznic stąd. Niby proste, ale:- iść o tej porze nie jest zbyt bezpieczne,- taxi/mototaxi jest pod tym względem niewiele lepsze,- nie jeżdżą jeszcze miejskie colectivos (busy),- nie ma w zasięgu wzroku żadnego otwartego lokalu, w którym można by poczekać,Zmęczenie (Max przespał w autobusie ze 4 godziny. Ja około 8 minut.) i niechęć do zgubienia się w mieście powoduje, że wybieramy mototaxi. Pieniądze nie grają tu roli - jest to koszt rzędu 1,5 - 2 zł.Wsiadamy. Nawyki każą mi zignorować senność i zaprząc mózg do pracy. Standardowo tworzę w głowie mapę trasy, którą jedziemy. Zawsze dobrze jest móc wrócić po "własnych śladach" bez niczyjej pomocy czy wyciągania mapy. I rutynowo rozglądam się w poszukiwaniu rzeczy nietypowych, podejrzanych. Nie uchroni mnie to przed niczym, ale zawsze lepiej nie być zaskoczonym. Ku mojemu zadowoleniu nie zauważam niczego szczególnego.Skręcamy. "To już nie wygląda tak fajnie." - myślę szybko zapamiętując wygląd skrzyżowania. Przecznica nie jest już tak ruchliwa (może to tylko kwestia godziny?), choć wciąż szeroka i wciąż widać średnio jedną osobę między skrzyżowaniami. W pewnym momencie silnik mototaxi zaczyna się dławić. Standard - zaraz zabraknie paliwa. Średnio co piąta jazda moto to wizyta na stacji benzynowej. Instynktownie odwracam się i zapala mi się czerwona lampka - jadąca za nami moto wcale nas nie wyprzedza, tylko też zwalnia. Na szerokiej, pustej ulicy w Peru? Niespotykane. Niepokojące.Skręcamy jeszcze raz w prawo by kupić benzynę od pani, co siedzi przy kilku skrzynkach z butelkami po CocaColi napełnionych benzyną. 2 zł za litr. Tańsza od CocaColi. Kierowca wlewa 2 litry i wracamy na poprzednią ulicę. Jedziemy jeszcze cztery bloki i zatrzymujemy się. Po słowach kierowcy: "To tu w lewo - pod górkę. Tam już musicie sami dojść." orientuję się, że za ten przejazd mogę zapłacić bardzo wiele lub nic, ale na pewno nie ustalone 2 zł.Po chwili dojeżdża drugi pojazd z dwoma pasażerami, szybka kalkulacja - "dwóch na czterech" i już wiem, że za tę taksówkę zapłacę. "Idziemy" - krzyczy jeden z gości. Max ignoruje moje słowa, by nie zakładał plecaka. Ja w ostatniej sekundzie ściągam mój z bagażnika - kierowca ruszył, by zatrzymać się zaraz po zorientowaniu się, że nie udało mu się go ukraść. Odganiam od siebie jednego napastnika i rzucam plecak kilkanaście metrów na bok, by podbiec do Maxa, którego okłada trzech gości. Zanim jednak do niego dotrę, mój plecak jest spowrotem na bagażniku i wszyscy ruszają do ucieczki. Momentalnie zostajemy sami. Ja bez plecaka.Śmieję się w myślach, że wiem, jak wrócić do punktu wyjścia, ale jak trafić do CIFY nie mam pojęcia. Biegniemy więc z powrotem i pytamy każdą napotkaną osobę. Cisza. Próbujemy wszystkiego. "Okradli nas!", "Gdzie jest policja?", "Skąd możemy zadzwonić?", "Którędy do CIFY?" - zero reakcji. W końcu jedna osoba mówi nam, jak dotrzeć do CIFY i że właśnie tam powinniśmy w tej chwili się udać.Cyrk na czterech kółkachWsiadamy do radiowozu i opowiadamy. Jedziemy na miejsce zdarzenia, by stwierdzić, że niczego tam nie ma. Później jeździmy kilkanaście minut po mieście by "zidentyfikować pojazd" (są identyczne), załatwiając przy okazji inne sprawy. Mając dokładne namiary na sklep z benzyną policjanci skręcają w złą przecznicę by po przejechaniu trzech skrzyżowań stwierdzić, że musimy jechać na komisariat.Pan na komisariacie nawet nie przestał oglądać reklam w telewizji. Czekamy na kogoś, kto go zastąpi przy biurku, jak będzie spisywał moje zeznania. Po 20 minutach zaczynam opowiadanie. Zastanawiam się, czy przekazuję właśnie złodziejom sugiestie cen, za jakie powinni sprzedać moje rzeczy. I cieszę się w duchu, że praktycznie niczego nie uda im się sprzedać. Kto w Peru kupi:- obiektyw 1,8 do lustrzanki Cannona (bez zoomu),- klawiaturę do iPada,- notatnik spisany po polsku,- mocno zużyte ciuchy,- leki, których nazw nikt tu nie zna.Zostawiam numer telefonu "na wypadek, gdyby się znalazło". Chociaż tyle, że nas odwożą radiowozem do agencji.Pani w CIFIE mówi, że ją tydzień temu w ten sposób okradli z pieniędzy.Opis tego wydarzenia można znaleźć też w LonelyPlanet.Coś mi tu nie pasujeNigdy nie byłem w bardziej chrześcijańskim kraju. Tu co druga miejscowość jest nazwana imieniem świętego. Instytucje publiczne (ze szkołami włącznie) prześcigają się w eksponowaniu symboli religijnych. Co druga taksówka ma na szybie wizerunek Jezusa, a na placach spotyka się ludzi krzyczących ewangelię. Ludzie przechodzący obok kościoła robią znak krzyża, a na hasło "Polonia" każdy zaczyna chwalić Papieża Polaka.Dlaczego w biedniejszych krajach Azji, gdzie ludzie nie mają żadnej styczności z chrześcijaństwem jest znacznie bezpieczniej?4 godziny później
Podaję Maksowi torbę: "Idę kupić coś do jedzenia i do picia." Max chwyta: "Czyli jednak idziesz? To kup mi papierosy, proszę. Jakiekolwiek. Najtańsze." Podchodzę do krat i spoglądam na ulicę. Wygląda dość normalnie - dziesiątki taksówek motorowych, tzw. mototaxi, pędzących w obu kierunkach, zanieczyszczają powietrze głośnym warkotem silników niechętnych do napędzania wehikułów przerobionych celem przewożenia kilku osób. Zagaduję mężczyznę stojącego na chodniku przy kratach:- Gdzie mogę tu kupić coś do jedzenia i picia?- Coś do jedzenia? Ale to niebezpieczne.- Wiem, ale muszę coś kupić.- Kupić możesz na każdym rogu. Bezpieczniej jest iść w lewo.
Po tej rozmowie zostawiam Maxowi szaszetkę z dokumentami, pieniędzmi oraz kartami bankowymi. Otwieram scyzoryk na opcji "nóż", nadziewam na husteczkę, żeby nie przedziurawić kieszeni i wychodzę. Mam przy sobie tylko 15 zł. Fakt, iż mogę oddać wszystko co mam, powoduje, że czuję się nieco bezpieczniej.
Kupuję jedzenie w pierwszym sklepie na rogu. Tutaj do sklepu się nie wchodzi. Choć jest dziewiąta rano i jestem w centrum, to wejście zagradzają kraty. Prawdopodobnie nigdy nie otwierane. Zaraz za nimi szeroka lada - pole "wymiany" między sprzedającym, a kupującym. Tym sposobem sprzedawca nigdy nie musi zbliżać się do krat na wyciągnięcie ręki. 100% bezpieczeństwa.
Zgodnie z zasadą, którą pamiętam jeszcze z Indii, o inne sklepy pytam tylko ludzi "przywiązanych do miejsca". Tych, którzy nie pójdą za mną. Chodzi o to, żeby nie pytać osób, które mogłby by mieć interes w pokierowaniu mnie w złą stronę albo domagałyby się później zapłaty za swoją pomoc. Tym sposobem znajduję sklep z papierosami. Ten jest bez krat. Nie ma też, czego kraść - pani sprzedająca ma dwie otwarte paczki papierosów, które sprzedaje na sztuki. Po pełną idzie na zaplecze. Wracając wymieniam kilka nieufnych spojrzeń z kierowcami mototaxi. Stwierdzenie, że nie czuję się tu bezpiecznie, jest dość łagodnym określeniem.
Po powrocie do biura firmy transportowej CIFA zamykam za sobą kraty i dzielę się z Maxem jedzeniem. Z nerwów nie jest jeszcze głodny. Nie dziwię mu się. Dwie dziewczyny z Ekwadoru przyniosły nam sok, puszkę tuńczyka i kilka kromek chleba tostowego po tym, jak usłyszały, co się stało dziś rano. Miły gest. Zawsze uważałem, że czarni ludzie są sympatyczniejsi.
Nie obwiniaj się za to, że ktoś jest dupkiemAutobus przyjechał jak na złość superpunktualnie. Jest piąta rano, szarzeje. Ta połowa pojazdów, której działają światła, jeszcze ich używa. Wysiadamy na chodniku przy ruchliwej ulicy. Niemal środek miasta. Nie tak dużego - ok. 120 000 mieszkańców. Ludzie wsiadają do taksówek, powoli tłum pasażerów kurczy się. Trzeba się ruszyć.
Jesteśmy tu tylko przejazdem. Nie chcemy nocować. Musimy się więc dostać do jedynej w mieście agencji autobusowej - CIFA, która przekracza pobliską granicę z Ekwadorem. Około dziesięć przecznic stąd. Niby proste, ale:
- iść o tej porze nie jest zbyt bezpieczne,
- taxi/mototaxi jest pod tym względem niewiele lepsze,
- nie jeżdżą jeszcze miejskie colectivos (busy),
- nie ma w zasięgu wzroku żadnego otwartego lokalu, w którym można by poczekać.
Zmęczenie (Max przespał w autobusie ze 4 godziny. Ja około 8 minut.) i niechęć do zgubienia się w mieście powoduje, że wybieramy mototaxi. Pieniądze nie grają tu roli - jest to koszt rzędu 1,5 - 2 zł.
Wsiadamy. Nawyki każą mi zignorować senność i zaprząc mózg do pracy. Standardowo tworzę w głowie mapę trasy, którą jedziemy. Zawsze dobrze jest móc wrócić po "własnych śladach" bez niczyjej pomocy czy wyciągania mapy. I rutynowo rozglądam się w poszukiwaniu rzeczy nietypowych, podejrzanych. Nie uchroni mnie to przed niczym, ale zawsze lepiej nie być zaskoczonym. Ku mojemu zadowoleniu nie zauważam niczego szczególnego.
Skręcamy. "To już nie wygląda tak fajnie." - myślę szybko zapamiętując wygląd skrzyżowania. Przecznica nie jest już tak ruchliwa (może to tylko kwestia godziny?), choć wciąż szeroka i wciąż widać średnio jedną osobę między skrzyżowaniami. W pewnym momencie silnik mototaxi zaczyna się dławić. Standard - zaraz zabraknie paliwa. Średnio co piąta jazda moto to wizyta na stacji benzynowej. Instynktownie odwracam się i zapala mi się czerwona lampka - jadąca za nami moto wcale nas nie wyprzedza, tylko też zwalnia. Na szerokiej, pustej ulicy w Peru? Niespotykane. Niepokojące.
Skręcamy jeszcze raz w prawo by kupić benzynę od pani, co siedzi przy kilku skrzynkach z butelkami po CocaColi napełnionych benzyną. 2 zł za litr. Tańsza od CocaColi. Kierowca wlewa 2 litry i wracamy na poprzednią ulicę. Jedziemy jeszcze cztery bloki i zatrzymujemy się. Po słowach kierowcy: "To tu w lewo - pod górkę. Tam już musicie sami dojść." orientuję się, że za ten przejazd mogę zapłacić bardzo wiele lub nic, ale na pewno nie ustalone 2 zł.
Po chwili dojeżdża drugi pojazd z dwoma pasażerami, szybka kalkulacja - "dwóch na czterech" i już wiem, że za tę taksówkę zapłacę. "Idziemy" - krzyczy jeden z gości. Max ignoruje moje słowa, by nie zakładał plecaka. Ja w ostatniej sekundzie ściągam mój z bagażnika - kierowca ruszył, by zatrzymać się zaraz po zorientowaniu się, że nie udało mu się go ukraść. Odganiam od siebie jednego napastnika i rzucam plecak kilkanaście metrów na bok, by podbiec do Maxa, którego okłada trzech gości. Zanim jednak do niego dotrę, mój plecak jest spowrotem na bagażniku i wszyscy ruszają do ucieczki. Momentalnie zostajemy sami. Ja bez plecaka.
Śmieję się w myślach, że wiem, jak wrócić do punktu wyjścia, ale jak trafić do CIFY nie mam pojęcia. Biegniemy więc z powrotem i pytamy każdą napotkaną osobę. Cisza. Próbujemy wszystkiego. "Okradli nas!", "Gdzie jest policja?", "Skąd możemy zadzwonić?", "Którędy do CIFY?" - zero reakcji. W końcu jedna osoba mówi nam, jak dotrzeć do CIFY i że właśnie tam powinniśmy w tej chwili się udać.
Cyrk na czterech kółkachWsiadamy do radiowozu i opowiadamy. Jedziemy na miejsce zdarzenia, by stwierdzić, że niczego tam nie ma. Później jeździmy kilkanaście minut po mieście by "zidentyfikować pojazd" (są identyczne), załatwiając przy okazji inne sprawy. Mając dokładne namiary na sklep z benzyną policjanci skręcają w złą przecznicę by po przejechaniu trzech skrzyżowań stwierdzić, że musimy jechać na komisariat.
Pan na komisariacie nawet nie przestał oglądać reklam w telewizji. Czekamy na kogoś, kto go zastąpi przy biurku, jak będzie spisywał moje zeznania. Po 20 minutach zaczynam opowiadanie. Zastanawiam się, czy przekazuję właśnie złodziejom sugiestie cen, za jakie powinni sprzedać moje rzeczy. I cieszę się w duchu, że praktycznie niczego nie uda im się sprzedać. Kto w Peru kupi:
- obiektyw 1,8 do lustrzanki Cannona (bez zoomu),
- klawiaturę do iPada,
- notatnik spisany po polsku,
- mocno zużyte ciuchy,
- leki, których nazw nikt tu nie zna.
Zostawiam numer telefonu "na wypadek, gdyby się znalazło". Chociaż tyle, że nas odwożą radiowozem do agencji.
Pani w CIFIE mówi, że ją tydzień temu w ten sposób okradli z pieniędzy.Opis tego wydarzenia można znaleźć też w LonelyPlanet.
Coś mi tu nie pasujeNigdy nie byłem w bardziej chrześcijańskim kraju. Tu co druga miejscowość jest nazwana imieniem świętego. Instytucje publiczne (ze szkołami włącznie) prześcigają się w eksponowaniu symboli religijnych. Co druga taksówka ma na szybie wizerunek Jezusa, a na placach spotyka się ludzi krzyczących ewangelię. Ludzie przechodzący obok kościoła robią znak krzyża, a na hasło "Polonia" każdy zaczyna chwalić Papieża Polaka. Dlaczego w biedniejszych krajach Azji, gdzie ludzie nie mają żadnej styczności z chrześcijaństwem jest znacznie bezpieczniej?
Więcej... -
Peru
Lima
Nic specjalnego nawet pomimo tego, że byliśmy tam w trakcie święta niepodległości. Choć muszę się pochwalić, że widziałem w Limie niebo. Pół godziny można było podziwiać słońce. Stare miasto jest w granicach przyzwoitości, ale czego można się spodziewać po mieście zbudowanym od podstaw w szesnastym wieku.
Przyjemna odmiana od Limy. Bardzo ładne miasto z bardziej mi przyjaznym klimatem (między 2000 - 3000 m n.p.m.). Jeśli chodzi o kanion, to o dziwo można przejść wiele kilometrów bez spotykania tłumów, choć jest on wymieniany jako jedna z głównych atrakcji w większości przewodników. Max namówił mnie na pozostanie jednego dnia przy gorących źródłach, które w kanionie są naprawdę gorące (całe szczęście można wybrać baseny o różnych temperaturach).
HuacachinaMała i potwornie turystyczna, ale widok dwustuosobowej oazy otoczonej przez piaskowe wydmy wchodzące na budynki robi wrażenie. A i sandboarding jest godny polecenia. Choć męczący, gdy chce się wchodzić - nie ma wyciągów, a po piasku wchodzi się znacznie trudniej niż po śniegu. Drogi zaś, gdy chce się być wwożonym przez samochód. Niemniej, warto zobaczyć. Miejsce tak ładne, że znalazło swoje miejsce na peruwiańskich banknotach.
Pucallpa i wioski w dżungliTutaj komary nie wiedzą, że mają się bać odstraszaczy. Ludzie mowia jeszcze innym (niz hiszpański czy quechua). Nie udało mi się jednak uchwycić aparatem tego, co najbardziej tam lubiłem - dzikiej przyrody. Zwłaszcza delfiny zrobiły na mnie wrażenie - widziałem je po raz pierwszy w życiu.
CajamarcaW ostatni weekend dwutygodniowych wakacji z okazji obchodów niepodległości trudno jest znaleźć w Peru wolny pokój. By znaleźć nasz pytaliśmy w ponad dwudziestu miejscach. Miasto naprawdę ładne. Dobre na zakończenie (lub rozpoczęcie) przygody z Peru. Tutaj w końcu zjadłem świnkę morską, która naprawdę smakuje jak kurczak. Baños de Inca są zaś nic nie wartymi kamiennymi basenami, do których nie można nawet podejść. Kąpać się można zaś w przeludnionym basenie obok, który jest tak brudny, że nie widać dna.
Więcej...
O Tumbes i moim pożegnaniu z Peru opowiem w następnym wpisie. -
Colombia... te quiero!
Można powiedzieć - "oczko". dwudziesty pierwszy kraj na mojej trasie - Kolumbia! Nim jednak dotarłem do kraju kokainy (o tym troszkę dalej) zaliczyłem krótką randkę z Ekwadorem. Równik i cuda, które się tam dzieją to jedna z ciekawszych wizyt na południowoamerykańskim szlaku. Sam Ekwador? Chyba nie tak bardzo różny od Peru, szczególnie w pięknej stolicy Quito. Mam jednak wrażenie, że to co widziałem to tylko namiastka ciekawego i nieco dzikiego kraju. Quito jest pięknym miastem. Wydawałoby się, że kolonialna architektura nie robi już na mnie wrażenia, a jednak. Stare miasto, piękne parki, imprezowa dzielnica Mariscal. Wydaje się, że można tu znaleźć wszystko czego potrzeba.
Dla mnie jednak to wizyta na równiku, kilkadziesiąt kilometrów od Quito jest najciekawszym elementem wizyty w tym niewielkim kraju. Z samą magiczną kreską, która dzieli świat na pół wiąże się dosyć zabawna historia. W XVIII wieku, na tereny Ekwadoru, który w tym czasie nosił nadaną przez Inków nazwę Quito (podobnie jak stolica) przybili francuzcy badacze. To oni wyznaczyli tu magiczną linię równika (w jaki sposób? nie mam pojęcia). To oni nadali też państwu nową nazwę Ekwador (equator to po angielsku równik, więc po w romantycznym języku francuzów pewnie jest to dosyć zbliżone). Jakiś czas później, niedaleko stolicy powstała osada, przez środek której przechodzi do dziś namalowana linia. W XX wieku, maleńka osada staje się największą atrakcją turystyczną i zostaje zamieniona w muzeum, za które oczywiście trzeba zapłacić. Wydawałoby się, że historia ma tu swój koniec, ale... Cywilizacja i rozwój technologii sprawił, że turyści przybywający do Mitad del Mundo (w tłumaczeniu z hiszpańskiego - środek świata), spostrzegli, że ich GPS wcale nie wskazuje równika w miejscu, które sugeruje długa biała linia. Fakt ten skłonił armię Ekwadoru, by przy pomocy amerykańskiej armii, wyznaczyć linię równika raz jeszcze. W 1999 roku ustalili, że prawdziwy równik tak naprawdę znajduje się dokładnie 240 metrów dalej i wcale nie przechodzi przez osadę Mitad del Mundo. Pech dla tego, który ściąga kasę z turystów, którzy tłumnie przyjeżdżają zrobić sobie zdjęcie na białej kresce. Szczęściarzem okazuje się natomiast kto inny. 240 metrów dalej stoi maleńkie muzeum historii należące do pewnego archeologa. Wyznaczona linia równika przechodzi idealnie przez jego muzeum! A to oznacza niemal wygrana na loterii. Dziś muzeum historii ma już niewiele z nią wspólnego i koncentruje się na magii środka ziemi. W muzeum odbywa się sporo ciekawych doświadczeń, ja jednak szczególnie polubiłem jedno. Czy jako dziecko, nie fascynował Cię wir, który tworzy się w wannie czy umywalce kiedy po jej napełnieniu wyciągasz korek? Woda krąży też w toalecie, kiedy spuszczasz wodę, choć to już chyba mniej fascynujące ;) Czy wiesz, w którą stronę kręci się woda? No właśnie, zawsze w tę samą! I co ciekawe, dzieje się tak wszędzie na półkuli północnej. Jeśli natomiast znajdziesz się na południe od równika, cóż za niespodzianka, woda zacznie się kręcić w stronę przeciwną! Co zatem dzieje się dokładnie na lini równika? No właśnie... woda się nie kręci, spływa idealnie w dół. Będąc na równiku można to zaobserwować idealnie. Wystarczy odeść 2 metry od lini równika na północ lub południe, i woda zacznie wirować w jednym, bądź przeciwnym kierunku. Magia! :)
Magiczna jest też Kolumbia. Do Bogoty, stolicy kraju przyleciałem z Quito. Z jednej strony zniszczyłem trochę swoją filozofię z drugiej bilety lotnicze są tak niezrozumiałą dla mnie sprawą, że kupno 3 biletów (Quito - Bogota, Bogota-Madryt, Madryt-Barcelona) jest tańsze niż kupno 1 z Bogoty do Madrytu. W stolicy jednak zostaję tylko kilka godzin i po krótkiej wizycie u znajomego Kolumbijczyka i zostawieniu części mojego bagażu, łapię autobus na wybrzeże. Przede mną 18 godzin w autobusie (tak mi się przynajmniej wydawało, bo ostatecznie podróż trwa 25!).
Witaj na Karaibach! Słyszę, kiedy wysiadam w końcu z autobusu. Jedno z małych marzeń się spełnia. Wybrzeże karaibskie osiągnięte. Pogoda też jest tu iście karaibska - sporo ponad 30 stopni i ogromna wilgotność, która sprawia, że w momencie czuję się jakbym właśnie wziął prysznic.
Cartagena, która jest moim pierwszym punktem podróży po wybrzeżu jest niesamowita. W starym mieście nie sposób się nie zakochać co sprawia, że z moich planowanych 2-3 dni robi się 8 :) Bajkowa zabudowa z pięknymi kolonialnymi balkonami, przepiękna pogoda, fantastyczni ludzie, którzy na każdym kroku chcą zamienić kilka słów. Do tego owoce, który doprowadza moje kubki smakowe do maksymalnej ekstazy, soki, które są dopełnieniem tej uczty, cudowne białe plaże widziane z poziomu wody lub hamaka pod bambusowym dachem i kobiety.... No właśnie, historie o pięknych kobietach w Kolumbii nie są mitem. Zdaje się, że piękno Ameryki Południowej skupiło się na jej końcach, w Argentynie i Kolumbii.
Nie wszystko jest jednak takie kolorowe. Kolumbia ma też kolor bieli, a właściwie białego proszku. Kokaina jest tu niemal na każdym kroku, co szczególnie da się odczuć w turystycznej Cartagenie. Dziennie przechadzając się ulicą zaczepia mnie pewnie z 10 różnych dealerów, którzy proponują by poczuć "prawdziwą Kolumbię". Zabawne, ale ci ludzie nie sprawiają wrażenia nałogowców. Wręcz przeciwnie, to całkiem sympatyczni ludzie w bardzo różnym wieku. Z kilkoma postanowiłem nawet porozmawiać. Nikt nie nalega na kupno. Mówią, że jeśli chcesz spróbować, to Ci sprzedadzą. Twierdzą, że to część ich teraźniejszej kultury, a cena koki sprawia, że wielu ma z nią tutaj styczność. Jaka to więc cena? Podobno gram kokainy najgorszej jakości, można tu już kupić za dolara! Czysta koka, to już wydatek około 15 dolarów. Nie dziw, że 2 dni temu Kolumbię obiegła wiadomość o martwym turyście, który przedwakował w pokoju hotelowym. Co ciekawe na ulicy nie widziałem nawet jednej osoby pod wpływem kokainy. Dla porównania kluby w Londynie, z którymi miałem trochę do czynienia pełne są pełne ludzi, którzy właśnie pociągnęli "kreskę". Mam więc wrażenie, że dostępność kokainy i jej cena sprawiają, że nie jest tu ona owocem zakazanym i nie staje się na dłuższą metę dużym problemem społecznym. Większym problemem jest sama produkcja narkotyku, mafia i partyzanci, którzy ukryci w dżungli walczą z wojskiem o prawo do spokojnej produkcji koki i wysyłki do USA.
> Po Cartagenie przenoszę się nie tak daleko, do miasta Barranquilla, gdzie zatrzymuję się u mojego kolumbijskiego przyjaciela. Po raz kolejny muszę się mocno nagimnastykowac z moim hiszpańskim, kiedy rodzina Andresa torpeduje pytaniami na mój temat. Mam jednak wrażenie, że po ponad 3 miesiącach w Ameryce Południowej idzie mi coraz lepiej. Barranquilla znana jest w Kolumbii z jednego - imprez. Taki jest więc plan. Andres w dzień zabiera mnie w ciekawe miejsca, jednak te najciekawsze zostawia na noc :) Salsa, karaibski rum, kolumbijskie aguardiente (anyżowa wódka), wschód słońca w towarzystwie nowych znajomych. Dla tej jednej nocy warto było zahaczyć o miasto, które turyści z reguły omijają szerokim łukiem.Dziś dotarłem do Santa Marta. Jutro jednak uciekam relaksować się na pięknych karaibskich plażach. Nie mogę w to uwierzyć, ale pozostał mi już tylko tydzień podróży. Mam zamiar wykorzystać go maksymalnie..
Więcej...
-
Mgliste wspomnienie Limy
Peru. Pozostaje mi żałować, że tak mało czasu spędziłem w tym kraju. Ładna pogoda, piękne krajobrazy, fantastyczna historia. Do tego pyszne jedzenie i mili ludzie. Zdecydowanie polecam.
Więcej...
Po wizycie w Machu Picchu razem z Witkiem i Maxem jedziemy do Cusco. Przed najazdem Hiszpanów była to stolica Imperiów Inków i nie ma się co dziwić, bo miasto jest magiczne. Jego idealnie biała zabudowa sprawia, że niemal każdy róg staje sie miejscem, w którym człowiek chce się zatrzymać i robić zdjęcia. Można tylko wyobrażać sobie majestat tego miasta sprzed najazdu konkwistadorów. Podobno ilość złota, z którego budowane były pałace była tak duża, że Hiszpanie odłupywali je młotkami, a niemal wszystko co cenne zostało bardzo szybko rozgrabione i wywiezione do Hiszpanii. Dziś jednak Cusqueńos (jak nazywa się mieszkańców miasta) dużo chętniej podkreślają swoje inkaskie korzenie, niż te, które dają im Hiszpanie. Widać, że są dumni z bycia potomkami amerykańskiej cywilizacji, co niemal na każdym kroku podkreślają. To co jednak pozostawili po sobie Hiszpanie, to barokowe kościoły. Szczególnie dwa, znajdujące się na Plaza de Armas, czyli głównym placu miasta, robią niesamowite wrażenie. Dziś jednak hiszpańskie kościoły to w dużej mierze turystyczny biznes, a za wstęp trzeba niemało zapłacić (nawet jak na europejskie standardy). Na szczęście nikt nie zabronił mi wejśc na poranną mszę, a po niej zrobić małą rundkę wokół niezliczonej liczby bocznych ołtarzy fantastycznie rzeźbionych w drewnie i zdobionych złotem. Niestety, tak jak w większości południowoamerykańskich kościołów, zdjęć tu robić nie wolno (nawet tym, którzy wyciągną ze swojej kieszeni dobrych kilka dolarów i za wstęp zapłacą). Trochę mnie to bawi, że z jednej strony upatruje się pewnej sfery sacrum, która nie jest obiektem do fotografowania, z drugiej jednak nikt nie widzi problemu z dosyć wyraźnym profanum w postaci płatnych biletów. Niemniej kościoły są fantastyczne i nawet Max stwierdza, że katedrę porównać może jedynie z Bazyliką św. Piotra w Rzymie.
W Cusco czas pożegnać się już definitywnie z chłopakami. Mnie goni czas. Za niedługo wracam do Europy. Żegnamy się w iście polskim stylu. I choć polskiej wódki, którą widzieliśmy przy Machu Picchu nie udało nam się znaleźć w Cusco, postanowiliśmy uczcić ten moment sprawdzoną Finlandi. Mam wrażenie, że z każdym kolejnym kieliszkiem (a właściwie metalowym kubkiem, bo tylko te mamy do dyspozycji), nasze toasty stają się bardziej filozoficzne. Zdaje się, że wódka na wysokości 3000 metrów dla średnio wprawionych w ostatnim czasie graczy, może być zabójcza ;)
O tym, że alkohol to trucizna, boleśnie przekonał się Młody (czyt. Max), który odpokutował kolejny poranek, a właściwie cały dzień. Patrząc na jego kaca zacząłem się zastanawiać czy zapraszanie go do Polski jest aby na pewno bezpieczne. Ja tymczasem spędzam dzień z Witkiem i wieczorem ruszam do Arequipy.
3 dni w Arequipie dają mi do zrozumienia, że to co tu najciekawsze tym razem mnie ominie. Okoliczne kaniony są największymi na świecie. Od tego słynnego w Stanach większe są ponad dwa razy! Niestety, na ich zwiedzenie potrzeba czasu, którego mi trochę brakuje. Pozostaje ograniczyć się do wizyty w mieście. Poza kolejnym pięknym placem i kolonialnymi budynkami jest tu coś co fascynuje szczególnie. Klasztor, a właściwie cały kompleks klasztorny, to istne miasto w mieście. Ogromny, piękny i ciekawy. Nie dziwi fakt, że od wieków młode kobiety decydowały się na życie zakonne w całkowitym zamknięci właśnie tutaj. Własny park, dużo przestrzeni i przepiękne wnętrza. Jeśli już spędzić życie w klasztorze, to właśnie w takim. Przy mojej wizycie mam dużo szczęścia. Sam bilet jest na tyle drogi, że nawet nie zastanawiam się nad dołączeniem do grupy oprowadzanej przez przewodnika, który kosztuje drugie tyle. Chwilę za wejściem zaczepia mnie jednak kobieta z identyfikatorem. Po krótkiej rozmowie ma dla mnie propozycję. Chce poćwiczyć swój angielski i chętnie oprowadzi mnie po klasztorze w zamian za pomoc przy nazwaniu niektórych rzeczy. W ten sposób załapuję się na prywatnego przewodnika.
Po Arequpie przychodzi czas na Limę. Miasto, które cieszy się dosyć mało przyjazną opinią dla turystów, a o niebezpieczeństwie w stolicy Peru krążą legendy niemal takie same jak o La Paz w Boliwii. Tu kogoś okradziono, tam oszukano, gdzie indziej napadnięto z nożem. Innym razem kogoś zamordowano, a innego gringo tylko pobito i zabrano wszystko, włączając buty. Cóż, ciekawie jest wjeżdżać do miasta, z którego największym marzeniem jest wyjazd.
Sama Lima rozczarowuje. Stopniowo odnawiane centrum i kolonialne budynki nie mogą się w najmniejszym stopniu równać z bajkowym Cusco. Ale jak twierdzi mój peruwiański przyjaciel Luis, to nie dla budynków się tu przyjeżdża. Faktycznie o nocnym życiu Limy mówi się wiele. Ja jednak mam niespotykane szczęście przyjechać tu na poniedziałek, wtorek i środę - mało imprezowe dni. Na szczęście cały czas trwa Copa America, czyli futbolowe mistrzostwa Ameryki Południowej. Razem z Luisem i jego znajomymi wybieramy się na mecz, który okrzyknięty został najważniejszym w historii kraju. Peru w półfinale turnieju zmierzy się z Urugwajem. I choć od początku turnieju kibicuję temu drugiemu, to tym razem nie mam wyjścia. "Dziś jesteś Peruwiańczykiem" - mówi do mnie dziewczyna siedząca obok w klubie. Niestety moje jednodniowe kibicowanie nie pomogło, a "moje" Peru, przegrywa 2:0.
Limę wspominał będę jak za mgłą. I to nie tylko z powodu klubowo-piłkarskiej nocy, a przede wszystkim ze względu na... mgłę, która przez trzy dni rozpościera się nad miastem. W dodatku jak dowiaduję się od lokalnych nie ma w tym nic dziwnego. Niemal całą zimę Lima wygląda tak samo, a żeby zobaczyć tu niebo trzeba przyjechać w innym terminie niż zima (tak, tak, w Peru trwa 20-kilku stopniowa zima!).
Dalej przychodzi czas na małą wizytę nad Oceanem. Mancora, na północy kraju to mój ostatni punkt w Peru. Czas mija leniwie. Przypominam sobie co to znaczy pływać w ciepłej wodzie i "zjarać się na plaży" (o skórze piszę, gdyby dla kogoś zabrzmiało dwuznacznie), po czym uciekam dalej do Ekwadoru.
Wczoraj dotarłem do Quito, stolicy kraju. Powrót na wysokość prawie 3000 metrów da się odczuć. Wejście pod górkę znowu wywołuje zadyszkę. Pierwsze wrażenia z miasta bardzo pozytywne, choć z drugiej strony powoli czuję przesyt kolonialnych kościołów i architektury. Tak więc czas wybrać się w miejsce, które w Ekwadorze fascynuje chyba najbardziej. Obieram dziś kurs na równik. -
Machu Picchu? Nuda!
Po krótkiej wizycie nad jeziorem Titicaca w Boliwii i ponownym zjechaniu się z chłopakami (którzy postanowili dołączyć do mnie po jednym dniu rozłąki) postanawiamy wspólnie zrobić jeszcze jeden fragment tej podróży - Machu Picchu. Zaginione miasto Inków to pewien symbol. Z jednej strony otacza go magia, z drugiej jakaś dziwna energia, która pomimo skandalicznych cen zmusza wszystkich turystów do odwiedzenia ruin.
Tak więc opuszczamy wspólnie Boliwię. Chłopaki, chyba z trochę większym sentymentem niż ja, bo choć z pewnością kraj to ładny, to mam wrażenie, że nie sprostał do końca moim oczekiwaniom. Taki to już ze mną problem, że po zobaczeniu tak wielu miejsc, chyba naprawdę muszę trafić na coś wyjątkowego by znowu poczuć pewną nutkę ekscytacji.
Jaka więc jest Boliwia? Nasza ostatnia przygoda z boliwijskim autobusem opisuje to najlepiej. Wchodzę z Witkiem do biura kupić bilety. Zaczynamy targowanie. Mina Pani daje nam do zrozumienia, ze wiele nie zbijemy, ale przecież to nie o cenę chodzi, a o satysfakcję z jej obniżenia o 2 boliwiano (80groszy). "bus es directo?" - pytam, upewniając się czy napewno jednym autobusem dojedziemy do celu. "Directo, directo" - powtarza dziewczyna, po czym wstaje i przechodzi do biura obok po magiczną kartkę na której będziemy mogli wybrać swoje miejsca w autobusie. Minutę później wraca, choć już nie sama. Za jej plecami wyrasta nieco starsza i chyba bardziej doświadczona pani biletowa, która oświadcza jakby od niechcenia rzuca, że na granicy musimy się przesiąść do innego autobusu. Ale przecież miał być directo - mówię. Jest directo, ale z przesiadką na granicy - słyszę w odpowiedzi. No cóż, chyba się z panią nie dogadamy. Wyjścia i tak nie mamy, to jedyny autobus, który nam dziś został. Kiedy wydawałoby się, że wszystko już załatwione, na scenę wkracza kolejna kobieta, której wiek daje do zrozumienia, że jeżeli kiedykolwiek sprzedawała bilety, to raczej na dyryliżanse niż autobusy. Kiedy jednak po krótkiej wymianie zdań z jedną z młodszych koleżanek dowiaduje się gdzie jedziemy spogląda w nasza stronę i mówi - "musicie się jeszcze przesiąść w Puno". No to do cholery directo, z przesiadką czy z dwoma? Pytam nieco poirytowany. Krótka narada pań biletowych i jeszcze krótsze oświadczenie - nie wiemy. No i trzeba było tak od razu.
Zdezorientowani idziemy na autobus. Miejsca, które pani skrupulatnie zapisała na naszych biletach, zajęte. Najważniejsze, że wszystko jest w Boliwijskim porządku - istnieje na papierze, w rzeczywistości już trochę mniej. W końcu autobus rusza. Daleko nie jedziemy, granica to jedyne 10 km od Copacabany. Kiedy wysiadam by udać się do kontroli pytam kierowcy czy zmieniamy autobus, ten jednak mówi mi, że jedyna przesiadka jest w Puno (takiej opcji panie nie przewidziały). Kontrola bez problemu, wymiana ostatnich boliwiano po iście złodziejskim, granicznym kursie też idzie dosyć sprawnie. Wracamy do autobusu i jedziemy dalej. Do Puno, gdzie prawdopodobnie trzeba będzie się przesiąść są jakieś 3 godziny.
"Wysiadać, wysiadać, szybko, nie ma czasu" - budzi mnie krzyk kierowcy. Pożar? Wypadek? Napad? Nie... Puno! :) Obsługa klienta w boliwijskim sektorze usług ma jeszcze przed sobą długą drogę. Zbieram swoje rzeczy, odbieram plecak i czekam co będzie się działo dalej. Na dworcu przechwytuje nas nowy pilot/pracownik firmy. Pierwsze wrażenie, pozytywne. Uprzejmy, elegancki. Zaprasza do środka po odbiór biletów na drugi autobus. Razem z grupą turystów ustawiamy się w kolejce i próbujemy wyłapać czy w plątaninie nazwisk nie padają nasze. W końcu nigdy niewiadomo w jaki sposób boliwijczyk przeczyta "Serwotka", czy jeszcze lepiej "Rybotycki" :) Po chwili okazuje się, że o ile ja swój bilet dostałem, o tyle ani Witek ani Max wyczytani nie byli. Sprawdzam listę i faktycznie, to nie problem wymowy, chłopaków na papierze nie ma. Próbuję tłumaczyć sytuację, na ile pozwala na to mój hiszpański. Mówię, że bilety kupiliśmy razem, a nie jesteśmy w stanie ich pokazać, bo przecież zebrał je kierowca poprzedniego autobusu. Elegancki pan, który dotychczas był wręcz naduprzejmy tym razem zupełnie mnie ignoruje, wypisując bilety kolejnym turystom. Cóż w ten sposób tego nie załatwimy. Kiery w końcu podnoszę trochę głos dając do zrozumienia, że chciałbym, żeby ktoś się tym zajął, a Witek przestaje ukrywać swoje zirytowanie sytuacją, zostajemy zaproszeni do stoiska nr 2. Tam natomiast rozpoczyna się gorąca narada i trzykrotne liczenie biletów. I choć biletów jest ewidentnie o 2 więcej niż osób w autobusie, do przedstawicieli boliwijskiej firmy transportowej to nie przemawia. W końcu po małej awanturze i kilku ciężkich słowach w polsko - angielsko - hiszpańsko - włoskiej mieszance, do której włącza się też Max, pani stojąca po drugiej stronie biurka stwierdza, że chyba mamy rację, po czym prosi żebyśmy się uspokoili i zaczyna negocjować z nadal niechętnie na nas patrzącym kolegą. W końcu chłopaki dostają bilety i możemy iść do autobusu, który ze względu na całą sytuację, ma już ponad pół godziny opóźnienia. Przynajmniej czekał. Choć gdyby nie nasze, mało dyplomatyczne zachowanie, mam wrażenie, że czekałby jeszcze długo. Niemniej - jedziemy!
Do Cusco docieramy wcześnie rano. Szybkie rozeznanie się w autobusach i decyzja - jedziemy dalej, w stronę Machu Picchu, a dokładnie Aguas Calientes - miasteczka, niedaleko którego znajdują się ruiny. Największą ciekawostką Aguas Calientes jest fakt, że nie prowadzi tam droga. Jedyna możliwość dostania się do miasta to pociąg, który nota bene, ze względu na hordy gringo, spragnione odwiedzin w zaginionym mieście inków, kosztuje 70 dolarów! My jednak mamy szczęście znać alternatywę. 80 km odległość (bo tyle dzieli Cusco od Aguas Calientes) pokonujemy na raty. Najpier 7 godzinnym autobusem przez nieprawdopodobną wręcz górską drogę, która osiąga w pewnym momencie pułap 5 tys m. npm. Później wynajętą taksówką po 1,5 godzinnym kursie dojeżdżamy do hydroelektrowni, z której mamy możliwośc złapania alternatywnego pociągu do Aguas Calientes (stąd już "tylko" 18 dolarów). My jednak jesteśmy z Polski, a Polak potrafi (jest też Włoch, a Włoch przy 2 Polakach nawet jak nie potrafi, to... musi ;)). Tak więc ostatni odcinek idziemy na piechotę. 13 km wzdłóż torów kolejowych. Może i mało fascynujące, ale przynajmniej tanie.
Noc w Aguas Calientes nie jest dla nas długa. I to nie ze względu na dziwną strefę czasową, magię Inków czy inną energię, która roztacza blask słońca o 3:30 nad ranem. Wstajemy wcześnie, bo takie są tu reguły gry. 400 pierwszych osób, które dotrze do Machu Picchu dostaje nagrodę - możliwość wejścia na Wayna Picchu - świętą górę z której roztacza się piękny widok na okolicę. Tak więc, mimo że pierwszy autobus odjeżdża o 5:30, my planujemy ustawić się w kolejce na przystanku już o 4 rano. Szalone? tak mi się też wydawało, do momentu w którym nie okazało się, że kiedy dotarliśmy o 4 na przystanek, czekało już na nim jakieś 200 osób! Szybkie szacunki i decyzja - nie mamy szans na pierwszy autobus - idziemy. Do ruin jest tylko kilka kilometów. Jest to jednak kilka kilometrów ciągłej wspinaczki po kamiennych schodach, ale skoro chcemy wejść na Wayna Picchu (no właśnie, chcemy?), to chyba nie mamy wyjścia. Po 20 minutach marszu, dochodzimy do mostu, za którym rozpoczyna się wspinaczka po schodach. Ku mojemu zdziwieniu, most jest zamnięty, a przed nim ustawiła się kolejka nie mniejsza niż na przystanku - 150-200 osób. Okazuje się, że aby wyrównać konkurencję z turystami, którzy czekają na autobus, most otwierany jest o 5 rano. Czyli wygląda na to, że będziemy się musieli pospieszyć. Kiedy w końcu brama się otwiera, a pokaźna grupa gingos rusza w stronę schodów niczym po otwarciu drzwi na wyprzedaży w media markt, zdaję sobie sprawę, że to mały wyścig. Na szczęście forma nie zawodzi i powoli, na tej niełatwej trasie, udaje mi się wyprzedzać kolejnych gringo. Kiedy docieram na szczyt do bramy ruin jestem może 20, a to oznacza, że cel osiągnięty. Spoglądam co chwilę na gęstniejący za mną tłum szukając Maxa i Witka. Są niedaleko. Pewnie nawet w pierwszej setce, więc jest dobrze.W końcu wybija 6. Bramy Machu Picchu otwarte. My jednak z racji wczesnego przybycia idziemy odebrać naszą nagrodę, przecinamy ruiny i ustawiamy się przy bramce kontrolnej do wejścia na świętą górę. Wydawałoby się, że wszystko jest super, gdyby nie jeden mały szczegół. Zgubiłem swój bilet. Wprawdzie jesteśmy już wewnątrz ruin, ale to właśnie na bilecie widnije magiczna pieczątka uprawniająca mnie do wejścia na wzgórze. Może to karma? Po mało uprzejmej nocy na dworcu autobusowym w Puno, wrzechświat się na mnie odegrał? Na szczęście w karmę nie wierzę i po małych negocjacjach ze strażnikiem udaje mi się wynegocjować wejście z małym opóźnieniem. Cieszę się. I to nie tylko dlatego, że w końcu po to wstałem o 3:30, ale przede wszystkim ze względu na widok, który rozpościera się z góry - bajka. Zielone wzgórza, a wśród nich, nieco w dole, kamienne miasto, które zdaje się wpisuje się w krajobraz tak jakby było wytworem samej matki natury.
Po dłuższym czasie na górze, w końcu przychodzi czas zejść spowrotem do samego Machu Picchu i zobaczyć co Inkowie zostawili w tej dżungli. I szczerze? zostawili niewiele - trochę kamieni, kilka domków, świątyń. Brzmi ciekawie, ale ciekawe nie jest. Przynajmniej nie dla mnie. Budynki w środku są zupełnie puste, co jest dla mnie małym rozczarowniam. Po dłiższej przechadzce stwierdzamy jednogłośnie. Machu Picchu jest piękne, ale jednocześnie mało ciekawe. Mimo wszystko fajnie tu dotrzeć. Tymczasem czas uciekać do Aguas Calientes. Magia Inkaskich ruin przyciąga tu tak wielu turystów, że miejsce to w środku dnia traci jakikolwiek urok.
-----------------
mamy ostatnio spore zaległości w pisaniu na stronie. Moja wina, moja wina..... (a właściwie nasza). Ale obiecuję się poprawić :) Pozdrawiam! Więcej... -
Więcej...
Moja Boliwia
Hmmm.. to właściwie mój pierwszy i ostatni post z Boliwii. Czuć tutaj powiew trzeciego świata. O internet nie łatwo, a nawet jeśli już udało się go złapać, to zwykle jego prędkość nie pozwalała na zalogowanie się na stronę.
Kiedy przekraczałem granicę boliwijsko-argentyńską zrozumiałem, że wchodzę do innego świata. Ze stosunkowo europejskiej Argentyny wkroczyłem do kraju wszechobecnego chaosu i tradycji. To co pierwsze rzuca się w oczy, to stroje. Niemal wszystkie kobiety pozostają wierne tradycji. Ich kolorowy ubiór od początku robi na mnie wrażenie. Kolowa spódnica, rajstopy, czasem ponczo. Często też wielka husta, w którą zawinięte jest dziecko noszone tu na plecach. Nieodłącznym elementem jest też zabawny kapelusik na czubku głowy, który jest chyba wyłącznie ozdobą, bo nie zakrywa głowy w najmniejszym stopniu.
Villarazon, boliwijskie miasto graniczne daje mi pierwszą dawkę Boliwii. Głośna ulica, pełna samochodów trąbiących na pieszych, którzy zdają się nieakceptować faktu posiadania chodnika. Z każdej strony krzyk sprzedawcy, który chce mi coś zaoferować - "Micro a Potosi!", "Bus a La Paz!" (czyli autobusy do Potosi i La Paz), "Hay pollo!" (tak! jest kurczak, nieodzowny przyjaciel podróży po Boliwii... jak tylko stąd wyjadę nie tknę kurczaka przez miesiąc), "Oruro, Oruro" (jedziemy do Oruro?), "Hay empanada!". W tym tumulcie ciężko wyłapać kto krzyczy o czym. W końcu udaje mi się odnaleźć kogoś kto próbuje się przebić ze swoim "Tupiza, Tuzpiza, Tupiza!" - właśnie tam jadę.
Po nocy w Tupizie przychodzi czas na osławiony Salar Uyuni, który faktycznie robi wrażenie. Największa na świecie pustynia solna sprawia wrażenie jakby człowiek znalazł się na końcu świata, a poza białą płytą nie było tam wiele. Niemniej jak to z fajnymi miejscami - opanowane przez turystów, co trochę niszczy urok Salaru. Jednak zachód słońca odbijający się w wodzie po wczorajszym deszczu, to zdecydowanie jeden z elementów ten podróży, którego nie zapomnę.
Salar to jeszcze jedna zabawna historia. Na środku pustyni spotykam nie jednego, nie dwójkę, a trójkę znajomych, których wcześniej poznałem na swojej drodze w Argentynie.
Dalsze część mojej Boliwijskiej przygody do Potosi i Sucre, gdzie... spotykam Witka i Maxa. I nie znaczy to bynajmniej, że się umówiliśmy (byłem pewien, że już dawno wyjechali z miasta) . Chłopaki wypatrzyli mnie przechodzącego przez plac. Jak więc nie mówić, że świat jest mały?
Tak więc kolejne 2 tygodnie spędzamy razem, przemierzając nieco cieplejszą, tropikalną północ Boliwii, po czym zjeżdżamy (a właściwie wjeżdżamy, biorąc pod uwagę wysokość prawie 4 tysięcy metrów n.p.m.) do La Paz.
La Paz, znaczy "pokój". Paradoksalnie ciężko mówić tu o pokoju gdyż o mieście mówi się, że to jedno z najniebezpieczniejszych miejsc Ameryki Południowej. Wszędzie krążą historie o obrabowanych turystach, napadach, a nawet morderstwach, w które wplątani są taksówkarze, czy przebierani policjanci. Co jednak zrobić. Ciężko zamknąć się w pokoju na 3 dni i później powiedzieć, "tak, byłem w La Paz". Cieszę się więc, że mam okazję zwiedzić miasto z chłopakami. I choć samo La Paz nie wydaje mi się pięknym miejscem, to jego położenie, wśród wysokich gór i rozbudowanie na ich zboczach, robi wrażenie.
To w La Paz przychodzi mi pożegnać się z chłopakami. Postanowiłem, że przyszedł na mnie czas powrotu do Polski. Tak więc po gruntownym przeszukaniu internetu i wyjściu z kilkugodzinnej depresji po uświadomieniu sobie cen biletów, zabookowałem podróż do Polski. Zostało mi 6 tygodni, więc czas przyspieszyć, zaliczając miejsca, bez których moja podróż przez Amerykę Południową byłaby w jakimś sensie niepełna. Przede mną jeszcze Peru i Kolumbia z 2-3 dniowym stopem w Ekwadorze. Tak więc trzeba się trochę sprężyć.
Aktualnie jestem nad jeziorem Titicaca - największym jeziorem świata położonym tak wysoko. Wysokość to jeden z czynników, o których zapomnieć się tu nie da. 4000m npm sprawiają, że niemal każda czynność jest tu wyzwaniem. Podchodzę 50 metrów pod górkę - zadyszka. Wchodzę po schodach na piętro hostelu - 10 sekund na złapanie oddechu. I choć w Nepalu byliśmy przecież jeszcze wyżej, to właśnie tu w Boliwii odczuwam skutki bycia wysoko.
Dziś pada deszcz. Zbyt wiele nie zobaczę. Mam nadzieję, że jutro będzie lepiej.
--------------
Wczoraj w La Paz postanowiliśmy z Witkiem zakończyć naszą akcję rozsyłania kartek i koszulek z podróży. Chciałbym w swoim i Witka imieniu podziękować tym wszystkim, którzy w ten sposób wsparli naszą podróż. Popularność tego pomysłu była dla nas zaskakująca. Nie liczyłem dokładnie ile kartek wysłaliśmy ale była ich napewno ponad setka. Ostatnią partię wysłaliśmy z La Paz wczoraj. Przy tej okazji mam też wielką prośbę. Fakt, że wysyłaliśmy kartki z takich miejsc jak Indie, Chiny, czy Boliwia pozwala nam podejrzewać, że poczta w tych krajach nie zawsze jest w 100% wiarygodna. Jeżeli miałeś/miałaś dostać kartkę, a to do Ciebie nie dotarła, proszę, napisz do nas maila na wyprawabezgranic@gmail.com. Z przyjemnością wyślemy ją jeszcze raz.
pozdrawiam z Boliwii!<a href="/index.php?option=com___%3Cdiv%3E%3Cwbr%3E%3C%2Fwbr%3Ephocagallery&view=%3Cwbr%3E%3C%2Fwbr%3Ecategories&Itemid=18&lang=pl"><img align="left" src="/ADRES OBRAZKA" width="400" style="vertical-align: middle; border: 2px ridge #7c4608; margin: 5px;" /></a>
Wyprawa bez granic ma rok
No i stalo sie. 29 czerwca strzelil nam roczek. Rok starsi, rok bardziej doswiadczeni, rok madrzejsi (???). Jako, ze przez ostatnich kilka dni podrozujemy razem (o calej historii pewnie w nastepnym poscie), postanowilismy napisac wspolnie czym dla nas byl ten rok.
Rok. Wydawaloby sie, ze to tak duzo czasu. 18 krajow. Kilkaset autostopow. Tysiace ludzi i pewnie jeszcze wiecej doswiadczen. Zastanawiam sie czego nauczylem sie przez ten czas. Mowi sie, ze taka podroz otwiera oczy, ze czlowiek wraca po niej jeszcze bardziej tolerancyjny etc. To co do mnie chyba dotarlo najbardziej to fakt, jak barzo jestesmy rozni. Zrozumialem tez, ze przeskoczenie tych roznic wcale nie jest tak latwe jak mi sie zawsze wydawalo. Nie jest latwo zrozumiec Persa, ktory traktuje swoja zone jak wlasnosc )a moglby ktos powiedziec, ze to jego kultura i nic nam do tego=. Nie jest latwo zrozumiec Hindusa, ktory przy calym swoim uduchowieni i paleniu dziesiatek kadzidelek kazdego dnia w ofierze roznym bostwom, za kilka dolarow jest gotow sprzedac najlepszego przyjaciela. Nie latwo zrozumiec Chinczyka, ktory wspiera komunistyczny rezim w swoim kraju. Nie rozumiem tez Malaja, ktory godzi sie na jawna dyskryminacje Hindusow i Chinczykow w swoim kraju, ani Nowozelandczyka, ktory mieszkajac posrodku niczego, w oddaleniu od innych ludzi popada w alkoholizm.
Widaje Ci sie, ze przez ten rok widzialem swiat tylko w czarnych barwach? Nie! Zrozumialem, ze swiat, kiedy wyjezdza sie z Europy wcale nie jest bajka, ktora nie boryka sie ze stresem, ciagla gonitwa i problemami codziennego zycia. Zrozumialem, ze swiat ma 1000 barw, ale nie tylko na zewnatrz w postaci masek, strojow i koloru skory, ale przede wszystkim w srodku ludzi.
Ten rok byl na pewno niesamowitym doswiadczeniem. Pelnym ludzi, z ktorych niemal kazdy byl lekcja. Nie tylko surowa lekcja, ktora opisuje wyzej. Na mojej drodze stanelo wielu, ktorzy uswiadomili mi jak bardzo inaczej mozna spojrzec na zycie. Nie tylko poprzez pryzmat pieniadza, sukcesu czy kariery. Przez ten rok chyba uswiadomilem sobie co tak naprawde liczy sie w moim zyciu. Czlowiek odrywa sie na tak dlugi czas opd tego wszystkiego co go otacza, ze nagle okazuje sie, ze jest tak wiele rozwiazan, ktore go interesuja. To co najbardziej sobie cenie or roku czasu, to fakt, ze nie istnieje slowo ¨musze¨. Nie ma tego co powinienem, jest tylko to na co mam ochote i co chce zrobic. To chyba najlepsza szkola samego siebie jaka moglo dac mi zycie.
Duzo sie wydarzylo, ale pewnie jeszcze sporo sie wydarzy. W koncu podroz jeszcze nie skonczona. Przede mna jeszcze kilka krajow, kilkadziesiat miejsc i pewnie kilkaset osob. Jezeli beda tak samo ekscytujace jak te dotychczasowe, nie mam zamiaru narzekac.
PS. Dziekuje, ze przez ten rok jeszcze o mnie nie zapomnieliscie ;) Dziekuje za wszystkie maile... szczegolnie te, na ktore jeszcze nie udalo mi sie odpisac. I za to, ze caly czas we mnie wierzycie.... wierzycie, prawda? ;)
Minął rok. Wcale nie szybko. Jak patrzę wstecz, to aż nie mogę uwierzyć, że tyle się wydarzyło w takim krótkim czasie. Tyle wspomnień skompresowanych w kilkunastu miesiącach. Tyle ludzi napotkanych.
Oczywiście zadałem sobie pytanie: "I co ci z tego zostało?". Wspomnienia? 190 gęsto zapisanych stron w notatniku? Zdjęcia? Nowi znajomi? Najwięcej zostało chyba we mnie. Myśląc o tym, co się działo przez ostatni rok, po raz pierwszy tak drastycznie dostrzegam zmiany, które we mnie zaszły. I jest to największa wartość, którą z tej całej imprezy wyciągnę. Wszystko, co przyszło mi przeżyć, non stop konfrontowało mnie z tym, kim chcę być. Jestem bowiem jednym z tych, którzy nie wierzą w "odnajdywanie siebie". Uważam raczej, że swoją osobowość każdy tworzy, nie znajduje. Dostrzeganie tego, kim jestem (w przeciwieństwie do tego, co mi się wydawało) oraz zmienianie się było i jest w tej podróży dla mnie dużym wyzwaniem.
W tym kontekście wcale nie czuję tego, że w drodze jestem już za połową (proszę, nie pytajcie, kiedy wrócę). O tym, co planuję po lądowaniu w Europie, nie myślę inaczej niż o podróży. Na swój sposób nie widzę jej końca. Może przez to, że była na tyle długa, że nie traktowałem jej jako wakacyjnego wyskoku czy ucieczki od rzeczywistości, do której wrócę. "Życie po wyprawie" (pod takim tytułem robię plany w notatniku) będzie czymś zupełnie innym od tego, które prowadziłem przed wyjazdem.
Rok zdecydowanie bardzo dobry. Przy wielu okazjach powtarzaliśmy sobie z Tomkiem, że mamy niewyobrażalne szczęście. W żadnych planach nie wyobrażaliśmy sobie, że pójdzie nam tak dobrze. Chciałbym tu podziękować wszystkim, którzy pomogli i pomagają nam w realizacji tego pomysłu i wszystkim, co trzymają kontakt. Bez Was możliwe, że dawno byłbym już w Polsce, a tego przecież nikt nie chce... ;-) (tak Mamo, oczywiście, że tęsknię)
Zostało ci 9 lat życia
Już nie możesz. Pracujesz tu od 3 lat, a ciągle nie jesteś w stanie się przyzwyczaić. Przytłacza cię mordercza kombinacja: 45 stopni celcjusza, brak tlenu (4200 metrów nad poziomem morza) i śmiercionośne gazy duszące zdrowych a zabijające astmatyków. Leje się z ciebie pot. Choć na zewnątrz powietrze wysusza zatoki, to tutaj często brodzi się po kostki w wodzie. Przeciskasz się tunelem tak niskim, że trzeba się czołgać kilkadziesiąt metrów. Dobrze, że tutaj grunt jest tylko wilgotny. Odksztuszasz kurzem i drapiesz się pod nosem zostawiając czarną kreskę błota. Błota, z którego żyjesz.
Kiedyś to miejsce było prawdziwym skarbem dla jego właścicieli. Hiszpanów. Srebro stąd wydobywane było jakości 96%. Teraz z jednej tony materiału uzyskuje się 150 gramów metalu. No i nie ma niewolników. W zamian za nich jesteś ty. Choć oczywiście nikt cię nie wykorzystuje - ta kopalnia jest twoją współwłasnością. Coś w stylu spółdzielni. Co wydobędziesz, to zarobisz. Jak jesteś dobry i masz szczęście, to uda ci się zgarnąć 60 zł za dzień. Długi dzień.
Koniec czołgania się. Można wyprostować nogi. Pleców jeszcze długo nie wyprostujesz. Wchodzisz w główny korytarz. Idziesz mocno pod górę. Szybko uskakujesz na bok, słysząc, że nadjeżdża wózek. W duchu życzysz kolegom szczęścia. Zwłaszcza temu z przodu, który ciągnie. Gdy się potknie przy jeździe z górki, to wagon będzie hamował na jego nogach. Albo nie wyhamuje wcale. Ale wagon to już coś - coś ukończonego, co można wywieźć na powierzchnię i przy okazji odetchnąć powietrzem. Choć ostatnio, jak byłeś przy transporcie, to się tory rozwaliły. 4 razy w ciągu jednego dnia... Za każdym razem musieliście podnosić wózek. W pięciu ledwo daliście radę tracąc przy tym mnóstwo czasu. Wszyscy byli tego dnia wkurzeni.
Skręcasz w lewo. Korytarz znowu się zwęża. Jeszcze chwila i docierasz do swoich kolegów. Razem, w czwórkę, stanowicie część siedmioosobej grupy, jednej z najmniejszych w tej kopalni. Chwytasz łopatę i wsypujesz gruz do gumowej kuli o średnicy 60 centymetrów. Kumpel krzyczy, byś przestał. O co mu chodzi? Cholera, nie zauważyłeś tego dużego kamienia. Najpierw wkładacie duże kawałki, by później przysypać je drobniejszymi. Migacie do tych "z góry", by wciągnęli wypełnioną gumową kulę i zrzucili wam starą. Nie reagują. Migacie jeszcze raz. Dalej nic. Krzyczycie z całych sił, bo nie wiele tu słychać. Odkrzykują, że silnik się zepsuł. K**wa. Znowu pół godziny w plecy. Siadasz, starając się odpocząć, klnąć w myślach, że znowu dziś nie zarobisz dobrze. Szyderczo śmiejesz się w myślach, że przecież wcale nie odpoczywasz siedząc w tej trującej saunie.
Idzie kolejna wycieczka. Białe dzieciaki z aparatami fotograficznymi będące na "egzotycznej" wyprawie. Dobrze znasz ich przewodnika - Dawida. Pracował tu 2,5 roku. Upiekło mu się. Nauczył się angielskiego, nie jest głupi. Teraz tylko oprowadza te bachory. Nie umrze tak szybko, jak jego ojciec. Dobry był z niego człowiek. Syn zresztą też jest OK. Przed każdą wycieczką zabiera turystów do sklepu i kupują prezenty. Zwykle to woda, papierosy, dynamity, liście koki. Czasem piwo. Śmieszne. Nawet tego sami nie noszą, tylko "pomocnik przewodnika" targa to na plecach. Tym razem przynieśli tylko kokę. Dobre i to. Żujesz kilkanaście liści. Potwornie gorzkie, ale pomaga. Dzięki temu krócej będzie ci się kręcić w głowie po tym, jak wstaniesz. Choć oczywiście nie wyczaruje ani grama tlenu więcej w tym, co wdychasz.
Robią zdjęcia. Uśmiechasz się. Mówisz, że siedzisz, bo się maszyna zepsuła. Normalnie, to przerwy o tej porze nikt nie robi. Później, za 2 godziny. Jak "przyjdzie" obiad. Co dzień to samo - ryż z kurczakiem. Wyglądają, jakby nie rozumieli. Co za różnica. Niech już idą, tlen zabierają. Zresztą, czy to nie upokarzające, jak Ci ktoś przytyka obiektyw do nosa, jak zwierzęciu w zoo, a później wraca do swojego kraju i pokazuje znajomym? Znowu się uśmiechasz. Niech przychodzą. Przynajmniej jest koka i papierosy. Dla nich to kosztuje śmieszne pieniądze, więc kupują. Choć Dawid mówi, że taka wycieczka robi na nich wrażenie. Gdy ich oprowadza, to żartuje tylko przed wejściem do kopalni. Ponoć po kilkunastu minutach w środku nikt się już nie śmieje. Zostają jeszcze chwilę (potrzebują przerwy, bo zmęczyli się chodzeniem) i w końcu idą dalej. Pozostaje tylko syczenie w ciszy. Zapadasz w chwilowy letarg. Chwila refleksji. Myślisz o swoich dzieciach. O tym, że pewnie nie zobaczysz nigdy swoich wnuków. Pustka. Nie pamiętasz, kiedy ostatnio płakałeś z tego powodu.
Krzyczą z góry, że zaraz będą wciągać. W końcu. Spada kolejna kula i ładujesz. Byle szybko, żeby nadrobić stracony czas. Nie możecie sobie pozwolić na wolną pracę, bo ostatnio i tak brakuje wam szczęścia.
Szczęście... Ojciec mawiał, że można je kupić. Wręcz dosłownie. Nigdy nie brałeś na poważnie tych rytuałów składania ofiar dla Tio, ale im dłużej pracujesz, tym bardziej w to wierzysz. Gdy się siedzi tyle godzin pod ziemią to trzeba w coś wierzyć, inaczej człowiek by ześwirował. Obiecujesz sobie, że następnym razem zabierzesz butelkę spirytusu i postawisz przynajmniej w połowie pełną przed figurą ziemnego bóstwa. Tą najbliższą twojego korytarza.
Zastanawiałeś się ostatnio, czy nie zrezygnować. Ale z twoim wykształceniem, a raczej jego brakiem, nic nie zarobisz w mieście. Z rodziną na utrzymaniu niewiele masz opcji. Jeśli zachorujesz i umrzesz, to kopalnia będzie wypłacać rodzinie jakieś 150 zł miesięcznie. Więc obiecujesz sobie, że jak staniesz się liderem grupy, to zaoszczędzisz trochę pieniędzy i odejdziesz na emeryturę jeszcze przed zachorowaniem. Lider zawsze zarabia nieco więcej. Jak będziesz dobry, to będziesz mógł zostać jednym z nich już za 3 lata. Będziesz miał swoje tory i będziesz decydował, gdzie twoja grupa ma kopać. Ponoć każdy lider składa ofiary. Nic dziwnego, myślisz. Jak się pomyli i zaczną kopać w pechowym miejscu, to grupa się podzieli i nikt nic nie zarobi.
Ale wolisz o tym nie myśleć. Ani o tym, co mówią "racjonaliści" - że prędzej, czy później skończą się dobre żyły w tych górach. Lepiej skupić się na tym, co tu i teraz.
Więcej...Strona 1 z 11


